Stowarzyszenie Effatha - sekty, zagrożenia wiary, apologetyka
www.effatha.org.pl
Jan Paweł II o sektach



Stowarzyszenie EFFATHA
im. św. Maksymiliana Marii Kolbego i św. Andrzeja Boboli

Wstecz

Życiorys s. Michaeli OP

s. Zofia Pawlik OP

    Przedstawiamy na naszej stronie autoryzowany życiorys s.Zofii Pawlik OP ze Zgromadzenia Sióstr Dominikanek Misjonarek Jezusa i Maryi.
    Chociaż formalnie- s. Zofia Pawlik OP- nie jest członkiem naszego Stowarzyszenia (jest członkiem zaprzyjźnionego z nami RORiJ), pragniemy na naszej witrynie dać s.Michaeli OP możliwość przedstawienia swej drogi życiowej, oraz okoliczności które zainspirowały Ją do zajęcią się działnością antysekciarską, prospołeczną w duchu chrześcijańskiej miłości.
    Życiorys, który publikujemy tutaj jest niejako wyjściem naprzeciw różnorakim paszkwilom i najzwyklejszym pomówieniom rozprzestrzenianym na temat siostry Zofii Pawlik OP- tak ze strony środowisk sekciarskich (co zrozumiałe), jak również ze strony niektórych środowisk katolickich.


    Urodziłam się 2 maja 1938 r. w Ryglicach, woj. Małopolskie. Rodzice: Tadeusz i Maria z d. Warzecha mieli wykształcenie podstawowe i zawodowe: matka była krawcową, a ojciec cieślą. Posiadali również siedmio - hektarowe gospodarstwo rolne.
    Po zakończeniu II wojny światowej wykryto u mnie zaawansowaną gruźlicę kręgosłupa. W 1950 r. zostałam wpisana na leczenie w krakowskiej poradni przeciwgruźliczej przy ul. Prądnickiej. Stąd w 1952 r. zostałam skierowana do Państwowego Sanatorium Dziecięcego dla gruźlicy kostno - stawowej w Zakopanem - Bystre. Tam ukończyłam Szkołę Podstawową w 1955 r. oraz Liceum Ogólnokształcące w 1959 r. i ukończyłam sanatoryjne leczenie.
    We wrześniu 1959 r. rozpoczęłam naukę w Szkole Pielęgniarstwa pod wezwaniem św. Wincentego a'Paulo w Warszawie, prowadzoną przez siostry szarytki, którą ukończyłam w lipcu 1961 r. Po otrzymaniu dyplomu jeden rok pracowałam w Sanatorium Dziecięcym dla gruźlicy kostno - stawowej w Zakopanem - Bystre, gdzie sama kiedyś byłam leczona. W szkole sanatoryjnej nauczanie i wychowanie było ściśle marksistowskie i wybitnie antykatolickie. Personel zachowywał się tak, jakby wszyscy byli niewierzący. Korespondencja wychodząca i przychodząca, oraz paczki były kontrolowane, z których "ginęły" przedmioty religijne: książki, obrazki, dewocjonalia, o czym nas nie informowano.
W takiej izolacji zupełnie utraciłam świadomość istnienia świata duchowego, a wiedziałam tylko, że "energia w przyrodzie nie ginie"... więc miałam duże braki z zakresu wiedzy religijnej.
Dlatego aby lepiej poznać swoją religię, wyjechałam z Zakopanego do Lublina w 1962 r. i podjęłam pracę w Państwowym Szpitalu Klinicznym przy ul Staszica, a potem przy ul. Jaczewskiego. W Lublinie poza pracą zawodową uczęszczałam od 1962 - 1966 r. na Instytut Wyższej Kultury Religijnej (IWKR) przy KUL-u. Poza tym, prowadziłam oświatę sanitarną z zakresu odpowiedzialnego rodzicielstwa jako instruktorka diecezjalna Duszpasterstwa Rodzin pod zwierzchnictwem J.E. Księdza Biskupa Jana Mazura, ówczesnego biskupa pomocniczego archidiecezji lubelskiej.
W 1965 r. dostałam zaproszenie do Ugandy od dr Wandy Błeńskiej i rozpoczęłam starania o wyjazd na misje do Afryki. Jednak władze polskie odmówiły mi paszportu "ze względu na dobro państwa" - jak podano w uzasadnieniu. Zaczęłam więc szukać przyczyny takiej odmowy - podejrzewałam, że to z powodu mojego zawodu. Ponieważ był to okres usuwania ze szpitali sióstr zakonnych, przypuszczałam, że brak jest dostatecznej ilości pielęgniarek świeckich i z tego powodu nie przyznano mi paszportu.
Dlatego w 1966 r. zwolniłam się z pracy pielęgniarskiej w instytucjach państwowych, a kontynuowałam tylko pracę jako instruktorka diecezjalna Duszpasterstwa Rodzin archidiecezji lubelskiej i rozpoczęłam studia psychologii na KUL-u.
    Gdy w polskiej prasie katolickiej ukazywały się artykuły dotyczących ogromnej nędzy ludności indyjskiej i ciężkich warunków pracujących tam polskich misjonarzy (pracowali tam m.in. s. Czernik, o. Żelazek, o. Bona oraz lekarz ks. Wiśniewski), dołączyłam się to tych, którzy nieśli im pomoc. Organizowaliśmy zbiórki żywności, leków i innych artykułów, które kierowane były szczególnie na adres pracującego tam od 1961 r. lekarza ks. Adama Wiśniewskiego - pallotyna; a potem zgłosiłam się do współpracy z nim. Wkrótce otrzymałam od niego zaproszenie. Zaczęłam więc intensywnie interesować się sprawami Indii. Poznałam coraz szersze grono ludzi współpracujących z misjonarzami.
W Polsce wśród wielu współpracowników ks. Adama była też s. Katarzyna - lekarka z zakładu dla niewidomych w Laskach. Ona doradziła mi zapisać się do Towarzystwa Przyjaźni Polsko - Indyjskiej (TPPI) w Warszawie w celu łatwiejszego załatwienia wszelkich formalności związanych ze staraniem się o wyjazd do Indii. Szczególnie chodziło o możliwość wywozu bez cła 5-cio tonowego bagażu, zebranego z jej inicjatywy, zawierającego artykuły żywnościowe, gospodarcze i medyczne przeznaczone dla misji w Indiach. Cały ten bagaż miałam wraz z p. Krystyną Radzikowską (rolniczką również zaproszoną przez ks. Adama) przewieść polskim okrętem do Indii.
Rzeczywiście, obydwie jako członkinie w/w TPPI 1 miałyśmy wszelkie potrzebne przywileje: otrzymałyśmy paszporty i prawo opłacenia podróży w polskiej walucie; 5-cio tonowy bagaż bezpłatnie został zapakowany w drewniane skrzynie i przewieziony z Warszawy do portu w Gdańsku. Cały ten bagaż zwolniony został z cła, a nawet zwolniono go z opłaty za jego transport do Indii.
Po załatwieniu wszelkich formalności obydwie wypłynęłyśmy statkiem "Solski" do Indii w drugiej połowie sierpnia 1967 r., i po sześciu tygodniach morskiej podróży stanęłyśmy na indyjskim lądzie.

    Wysiadłyśmy w porcie Madras dn. 4 października 1967 r. Dwa dni później byłyśmy już w Kamakerai (powiat Kollegal) w ośrodku "Jeevodaya" odległego około 100 km na południe od Bangalore i około 60 km na wschód od Mysore - stolicy diecezji. Obydwie z p. Krystyną dołączyłyśmy do wspólnoty tegoż ośrodka, którą tworzyli już ks. Adam Wiśniewski - lekarz (pallotyn) i p. Barbara Birczyńska - matematyczka (ex-michalitka) i "matka" Bilhildis - ekonomka.
Ośrodek "Jeevodaya" był wówczas uzależniony od niemieckiego szpitala im. św. Marty w Bangalore, prowadzonego przez siostry Dobrego Pasterza. Spośród nich s. Bilhildis (Niemka) odpowiedzialna za sprawy personalne, gospodarcze i ekonomiczne w szpitalu św. Marty pełniła także obowiązki założycielki i ekonomki "Jeevodaya", jako rozwijającej się filii szpitala św. Marty, gdzie miała być prowadzona rehabilitacja dzieci wyleczonych z trądu. Jednak w zamyśle ks. Adama ośrodek "Jeevodaya" miał być polską fundacją na rzecz trędowatych dzieci w Indiach, jako wotum wdzięczności za milenium chrztu Polski - tak wszyscy byliśmy przez ks. Adama informowani, zanim przyjechaliśmy do Indii.
Tymczasem okazało się, że zamysł ks. Adama nie był znany s. Bilhildis, bo do założenia polskiego ośrodka w Indiach, niezależnego od niemieckiej misji, bardzo gorąco dążyła p. Barbara. Powyższe różnice poglądów co do powstającego ośrodka prowadziły do wielu nieporozumień. Na temat tych nieporozumień powstało w Polsce wiele komentarzy, nie zawsze obiektywnych. Warto więc zacytować jednoznaczne zdanie wypowiedziane na ten temat przez samego ks. Adama, który zapytany przez swego przełożonego o rolę s. Bilhildis w naszym ośrodku w Kamakerai, tak się wyraził:
"Gdy chodzi o s. Bilhildis, to były problemy o charakterze administracyjno - finansowym oraz tak zwane ludzkie animozje. Między nią a s. Barbarą powstawały zbyt wielkie różnice zdań na cały szereg spraw, które spowodowały niemożność dalszej współpracy"2 .
    Toteż w jesieni 1969 r. właśnie z powodu wspomnianej "niemożności dalszej współpracy" doszło do konfrontacji różniących się poglądów, w obecności ówczesnego prowincjała pallotyńskiej prowincji z północnych Indii. Ks. prowincjał zadecydował, by ks. Adam wraz z p. Barbarą wyjechali z Kamakerai (z Południowych Indii) na północ do Raipur. Ja zaś pozostałam kontynuować pracę w ambulatorium, które wcześniej, bo w czerwcu 1968 r., ks. Adam założył na prośbę miejscowego ks. proboszcza Ambrożego D' Mello 3, hinduskiego jezuity we wsi Prakashpalayam odległej około 16 mil od Kamakerai.
    Dopóki Ks. Adam był w Kamakerai, raz w tygodniu przyjeżdżał do Pakashpalayam wizytować pacjentów, zwłaszcza trędowatych. Gdy w jesieni 1969 r. ks. Adam wyjechał do Raipur, moich pacjentów trędowatych (było ich 96 osób w chwili rozstania się z ks. Adamem) konsultował tubylczy lekarz z powiatowego szpitala w Kollegal.
Pracy w Prakashpalayam było wiele. Każdego dnia około 100 pacjentów przychodziło z różnymi dolegliwościami. Ponad to moim zadaniem było także prowadzenia oświaty sanitarnej, a później próby organizowania chałupnictwa i kursów dla analfabetów.
    Z biegiem czasu coraz lepiej poznawałam życie ludzi, zwłaszcza tych, którzy należeli do najniższej kasty. Byli oni uznawani za "nieczystych" lub "nietykalnych". Ich los był tragiczny - z głodu jedli nawet padlinę. Zaczęłam więc szukać możliwości zapobiegania takiej nędzy.
Początkowo jedynym sposobem pomagania tym ludziom było bezpłatne leczenie i dożywianie ich dzięki pomocy z Polski. Ale ta pomoc ciągle nie była wystarczająca. Dlatego w styczniu 1973 roku zapisałam się na 3-miesięczny kurs dla pracowników społecznych w Bangalore, by dla naszych podopiecznych szukać lokalnych źródeł utrzymania.
Na kursie bardzo wiele skorzystałam nie tyle z wykładów ile z kontaktów z ludźmi, którzy na ten kurs poprzyjeżdżali. Uczestnikami kursu byli ludzie nie tylko z różnych okręgów Indii, ale także z Cejlonu i Tajlandii. Wiele również wyjeżdżaliśmy w teren oglądając udane i nieudane projekty zaradzania biedzie. Mieliśmy także spotkania ze studentami, robotnikami oraz z wybitnymi politykami i działaczami społecznymi. Nawet Matka Teresa z Kalkuty miała z nami spotkanie i dzieliła się swoim doświadczeniem służby najuboższym.
    Gdy mieliśmy zajęcia w centrum uczącym chałupniczego przemysłu, zobaczyłam piękne rzeczy wyrabiane m.in. z bambusa i nadzieja we mnie wstąpiła, że nasi "nieczyści" będą mieli pracę, gdy założymy we wsi bambusowe chałupnictwo. Widziałam szansę wyrwania z nędzy całą osadę. Ks. proboszcz poparł pomysł i posłał do w/w centrum mężczyznę, który po kilku miesiącach powrócił, by uczyć tego rzemiosła w naszej wsi. Chętnych do nauki było wielu.
Jednak przeszkodą okazało się hinduskie prawo kastowe.
Gdy przyszedł do nich ich "suami" (duchowy przywódca), przypomniał im tradycyjne wedyjskie prawo, według którego praca rzemieślnicza jest dharmą 4 "czystych", a wchodzenie "nieczystych" w ich obowiązki, prowadzi do zaburzenia harmonii kosmicznej i gorszego wcielenia tych, którzy takie zaburzenie spowodują.
Moje argumenty, że niemożliwe jest, by ich praca przynosiła komukolwiek szkody lub była przyczyną zaburzeń kosmicznych, nie przekonały ich, a stały się tylko przyczyną wrogości kast wyższych do mnie i do tych, którzy ze mną współpracowali. Tak więc w wyniku kastowej dyskryminacji chałupnictwo pięknie się rozwijające upadło 5, a pracownicy z powrotem stali się bezrobotnymi nędzarzami... Poczułam się bezradna...
    Aby bardziej zrozumieć psychikę i prawo hinduskie, które miało dwa sprzeczne źródła: religijne prawo kastowe zapisane w wedyjskiej księdze Manu i demokratyczne prawo państwowe zapisane w Konstytucji Indii. Podjęłam więc eksternistyczne studia socjologii, które rozpoczęłam w 1974 r. na Uniwersytecie w Mysore, lecz w 1975 r. przeniosłam się na Uniwersytet Karnatak w Dharwad, który bardziej niż Uniwersytet w Mysore przywiązywał uwagę do rodzimej kultury.
Chcąc więc poznać kulturę Indii od podstaw, studiowałam tam socjologię ogólną (gdzie dużą uwagę zwracano na problemy społeczne Indii). Dodatkowymi przedmiotami były podczas studiów socjologii była m.in. pedagogika i filozofia społeczno - polityczna. Tu dopiero odkryłam, że prawo zapisane w Indyjskiej Konstytucji jest niezgodne z wielowiekową religijną tradycją Indii, która sankcjonuje kastową dyskryminację, palenia wdów, składanie krwawych ofiar z istot ludzkich, przeznaczanie nieletnich do świątynnego nierządu, okaleczanie dzieci z rodzin żebraków w celu skuteczniejszego pełnienia żebraczej "dharmy" itp. - te właśnie praktyki zakazane są prawem państwowym.
    Okazało się, że prawo zapisane w Indyjskiej Konstytucji oparte jest nie na indyjskim światopoglądzie, lecz na Deklaracji Praw Człowieka, która przecież opracowana była w chrześcijańskiej kulturze. Również tu, ku mojemu zdumieniu, poznałam programy rozpowszechniania gnostyckiego hinduizmu podrobionego pod wartości kultury chrześcijańskiej, by go łatwiej było rozpowszechniać w całym świecie 6, w co zaangażowani byli także "wtajemniczeni" Polacy przyjeżdżający do Indii na odpowiednie "przeszkolenia".
Znając życie oparte na hinduizmie, uświadomiłam sobie, że jego rozpowszechnienie może doprowadzić do całkowitego zafałszowania Bożego Objawienia i narazić wielu na utratę zbawienia, a hinduistyczna wiara w reinkarnację wpłynie na dyskryminację społeczną tych, którym zostanie przypisany niższy stopień czystości duszy, na wzór systemu kastowego w Indiach.
    W 1980 r. zachorowałam, a nie mając odpowiednich warunków leczenia się w Indiach przyjechałam na urlop do Polski. Miałam wizę powrotną ważną do kwietnia 1981 r. Podczas urlopu perforował mi wyrostek. Operowana byłam na chirurgii w Tarnowie. Jako powikłanie po rozlanym wyrostku dostałam zapalenia otrzewnej i żył. Po powrocie do zdrowia zrezygnowałam z powrotu do Indii i wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Dominikanek Misjonarek Jezusa i Maryi w Zielonce k/Warszawy. Dn. 8 grudnia 1980 r. zostałam przyjęta do nowicjatu. Podczas pobytu w nowicjacie miałam operację na prawe ucho (usunięcie perlaka), w którym nastąpiła całkowita utrata słuchu. Dn. 8 sierpnia 1983 r. złożyłam pierwsze śluby, a wieczyste śluby zakonne złożyłam dn. 1 lipca 1989 r.
Od chwili przyjęcia do Zgromadzenia prowadziłam w nowicjacie wykłady z misjologii, a od 1983 - 2003 r. prowadziłam w Warszawie wykłady z higieny tropikalnej dla studentów misjologii na ATK (późniejszy UKSW). Poza tym pracowałam na pełnym etacie najpierw jako maszynistka u ojców dominikanów przy ul. Freta w Warszawie (od 1983 - 1987 r.), później jako katechetka: w Siedlcach, w Józefowie i w Warszawie (od 1987 - 1994 r.)
    Ponieważ podczas pobytu w Indiach wiele środowisk katolickich interesujących się misjami utrzymywało ze mną kontakt, więc będąc w Polsce te kontakty zostały ożywione. Dlatego często duszpasterze i nauczyciele proszą mnie na spotkania dyskusyjne związane z pojawianiem się sekt i propagandy wschodnich subkultur. Okazało się, że już od połowy lat siedemdziesiątych wprowadzano w Polsce rozpowszechnianie Orientu m.in. przez wydział orientalistyki na UW, UJ i przez wydawnictwo "Weda" na Politechnice Wrocławskiej. W duszpasterstwach i na pielgrzymkach sympatię do Orientu szerzyli organizatorzy ruchu Maitri. Aby lepiej się im przyjrzeć, uczęszczałam raz w miesiącu przez cały rok akademicki (1983/4) na ich spotkania u ojców paulinów w Warszawie przy ul. Długiej. Tam zapoznałam się z ich organizacją, indoktrynacją i dokumentacją, co pozwoliło mi na pełne uświadomienie sobie ich podwójnej gry, którą starałam się demaskować.
Moja apologetyczna działalność wywołała reakcję w sekciarskich kręgach. Aby ich lepiej poznać przeszłam w sierpniu 1995 r. na trzyletnią eksklaustrację 7. W czasie eksklaustracji prowadziłam obserwację i badania nad metodami werbowania Polaków do sekt, a poznając je bliżej próbowałam zapobiegać ich ekspansji. W tym celu prowadziłam prelekcje w szkołach: przez jeden rok szkolny w Częstochowie, jeden rok w Lublinie i jeden rok w Warszawie. Nawet udało mi się przez trzy dni być gościem w aśramie ruchu "Hare Kriszna" w Heidelbergu (w Niemczech). Pojechałam tam z ojcem jednego z polskich czcicieli Kryszny.
Zobaczyłam jak bardzo różni się ich styl życia, od życia w tradycyjnych aśramach w Indiach. Tam też bliżej poznałam metody ubezwłasnowolnienia człowieka.
    Przy okazji moich apologetycznych podróży poznałam "Ruchu Obrony Rodziny i Jednostki", który zrzesza osoby poszkodowane przez sekty, aby skutecznie im zapobiegać. Zostałam przez nich zaproszona do współpracy, by im pomóc rozeznawać prawdy objawione przez Boga od fałszywych poglądów rozpowszechnianych przez sekty, które skrzywdziły ich rodziny. Nawiązałam również współpracę z katolickim Ruchem "Effatha pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli i św. Maksymiliana Kolbego", którego członkowie stawiają sobie za cel obronę katolickiej wiary przed jej zafałszowaniem.
    W 1998 r. wróciłam z eksklaustracji, a w 2000 r. przeszłam na emeryturę, więc (o ile mi zdrowie pozwala) mam więcej czasu na współpracę z w/w ruchami i prowadzenie wędrownej, nieformalnej katechezy na zaproszenie różnych środowisk, szkół, a nawet pojedynczych rodzin. Poza tym, opracowuję artykuły i broszurki, by zapobiegać ekspansji Orientu, sekt oraz innych ruchów działających destrukcyjnie na chrześcijańską kulturę.




s. Michaela, (Zofia Pawlik) OP


Przypisy:
1. Dopiero po kilku latach pobytu w Indiach, przy okazji studiów z socjologii, dowiedziałam się, że TPPI prowadziło też masońskie międzynarodowe Koło Przyjaciół Auroville i na ten cel zbierało fundusze w imię pomocy głodującym.
2.Ks. Jan Pałyga SAC, Wśród trędowatych, Biblioteka Misyjna SAC, Poznań - Warszawa 1988, s. 96.
3.Był to kuzyn słynnego Anthony D' Mello.
4.Dharma - określona rola każdej istoty we Wszechświecie, także obowiązek kastowy, który (według wedyjskiej tradycji) uznawany jest za "odwieczne prawo kosmiczne" kierujące funkcjonowaniem nie tylko społeczeństwa, ale także całego Wszechświata.
5.Podobny los spotkał założone przeze mnie chałupnictwo produkcji jedwabiu z jedwabników hodowanych przez naszych wieśniaków.
6.Ten program był (i jest) realizowany przez szereg organizacji, np. "Ramakrishna Mission", "Bellur Math", "Vishwa Hindu Parishad", "The Order of the Temple of Orient" (tzw. "OTO") i inne.
7.Miałam prawo chodzić bez habitu i mieszkać poza wspólnotą zakonną



© Wszelkie prawa zastrzeżone 2001-2011

Stowarzyszenie EFFATHA
e-mail: info@effatha.org.pl

Ostatnio aktualizowane: 01.12.2008
Strona istnieje od: 15.10.2001